List Katarzyny Urbańskiej (Gisenyi Rwanda)

Drodzy,
pozdrawiam z Gisenyi, blisko granicy z Kongo

W tej misji siostry salezjanki są od 2003 roku. Naszym głównym dziełem są dwie szkoły; dwuletnia krawiecka i wyższa szkoła średnia (trzy klasy) o profilu hotelarskim. Kiedy przybyłam tu dwa lata temu, najtrudniejsze było opanowanie języka. Kilka lat temu obowiązkowo w szkołach wprowadzono język angielski (wcześniej posługiwano się francuskim). Do dziś młodzież ma trudności z opanowaniem go nawet w wyższej szkole średniej. Z niektórymi ludźmi mogę się porozumieć w kiswahili, ale tylko z tymi, którzy przed lub podczas wojny byli w Kongo.
Patrząc na ilość powołań rodzi się nadzieja na rozwój Kościoła Katolickiego w Rwandzie. Ale jest też wiele przeróżnych sekt. Przyciągają ludzi śpiewem, głośną muzyką, sugestywnymi przemowami, tańcami i jak w całej Afryce, wyrywają ich z korzeni. Na takie działania podatni są szczególnie młodzi, którzy idą, gdzie jest głośno, coś się dzieje, czy coś dają bez opłaty. Bywa, że w każdym tygodniu uczestniczą w spotkaniach innej sekty.

Pierwsze państwowe egzaminy rozgłosiły imię naszej szkoły, jako dobrze przygotowującej do pracy w hotelach. Podobnie szkoła zawodowa krawiecka ma wysoki poziom. Kiedy wieść o nas rozeszła się, zaczęły przybywać dziewczęta spoza Gisenyi, wystąpiły trudności zamieszkania. Rodzice obawiali się, by ich córki wynajmowały pokoje u ludzi, bo to nie jest bezpieczne. Wtedy pojawił się pomysł, by zbudować internat. Do czasu jego wybudowania siostry odgrodziły część szkoły i przeznaczyły ją na pomieszczenia mieszkalne. Mamy plany wybudowania internatu dla 60 dziewcząt. Uważamy, że tyle miejsc wystarczy, bo część młodych mieszka w Gisenyi i przychodzi do szkoły na zajęcia dzienne. Są u nas dziewczęta, które nie mieszkają zbyt daleko i w ostateczności mogłyby dochodzić do szkoły. Ale problem tkwi w tym, że w domach nie mają się gdzie uczyć. Często zajmują jedną izbę z rodzicami, młodszym rodzeństwem, zazwyczaj bez światła elektrycznego. Nie ma stołu, gdzie można by położyć zeszyt. Zdarza się, że pijany ojciec wraca do domu i stanowi realne zagrożenie dla dzieci. Tak więc, internat gwarantuje bezpieczeństwo i stwarza warunki do odrabiania lekcji i powtarzania materiału do egzaminów. Musimy też zbudować kuchnię i jadalnię, Będzie służyła również szkole. To zarządzenie ministerstwa oświaty sprzed kilku lat: w każdej szkole średniej mają być wydawane obowiązkowo obiady.
Nasze dziewczęta ze szkoły zawodowej są bardzo zdolne. Proszę sobie wyobrazić, że już po drugim trymestrze, potrafią uszyć ubranie, w którym później same chodzą. Mamy bardzo dobry program nauczania, gdzie uczennice muszą umieć zmierzyć siebie (zdjąć miarę), wykroić materiał i następnie uszyć. Zupełnie inaczej niż widziałam w Kenii, gdzie uczennice znały tylko pewien etap szycia, gdyż przygotowywane były do pracy taśmowej w fabrykach.
Jest bardzo ciężko z wodą. Niby jest w miastach, ale często ją zakręcają. Kiedy był budowany nasz dom i szkoła, zostały tu ustawione tzw. tanki. Tu spływa deszczówka, która służy nam przez cały rok. Niejednokrotnie ta woda deszczowa "ratuje nam życie".
Nasza szkoła jest prywatna, więc wszystkie koszty pokrywamy my. Musimy płacić pensje nauczycielom, za jedzenie uczniów, prąd, wodę i wszelkie opłaty związane z prowadzeniem szkoły. Uczniowie płacą czesne, które jest niskie, dlatego, że większość z nich pochodzi z biednych rodzin. Jest jednak duża grupa, uczących się a darmo, ponieważ np. nie mają nikogo (stracili rodziców czy starsze rodzeństwo na wojnie i wychowuje ich babcia). Czasem nie są to skutki wojny, lecz patologia rodzinie; ojciec, który odchodzi, czy problem alkoholizmu rodzica w połączeniu z biedą powoduje, że młodzież nie może wnieść nawet minimalnej opłaty w szkole. Nie chcemy odsyłać do domu nikogo z powodu pieniędzy. Nasza szkoła od samego początku działa dobrze; wychowuje młodzież, przygotowuje ją do życia dzięki Adopcji na Odległość i Darczyńcom zaangażowanym w ten program w Polsce. To jest wsparcie grupowe, tzn. dla wszystkich uczniów w naszej misji, którzy nie są w stanie zapłacić. I tu wielki ukłon w stronę Was, którzy wspomagacie Gisenyi od lat, dlatego nasza szkoła może istnieć, działać i robić coś dobrego. Naprawdę przygotowujemy tu ludzi do życia i staramy się również ukształtować ich pod względem moralnym na dobrych, zaangażowanych chrześcijan.
Adopcja obejmuje też dzieci w oratorium. Szkoły podstawowe w Kenii są bezpłatne, ale nie będzie wpuszczony do szkoły uczeń bez mundurka, zeszytów, długopisu, ołówka, zestawu matematycznego, książki i innych przyborów. Wiedząc o przypadkach dzieci ubogich, kupujemy im stroje szkolne i wyposażamy w podstawowe artykuły, czy buty.
Podczas wakacji (w grudniu) organizujemy półkolonie w dwóch miejscach (w Gisenyi i pobliskiej stacji misyjnej). Mamy od 600-1000 uczestników w każdym. Staramy się dać dzieciom jak najwięcej, bo w ich domach jest bardzo ciężko. Zakupujemy piłki, podstawowy sprzęt sportowy do wspólnych zabaw, gry planszowe. Organizujemy konkursy, a jako nagrodę dajemy koszulkę, spodenki, buty albo książkę, zależnie od tego, co dziecku najbardziej potrzebne. Robimy to w sposób dyskretny, by nie urazić ich godności ludzkiej. Nikt bowiem nie chce być żebrakiem. Oczywiście w czasie półkolonii każdego dnia uczestnicy dostają pożywne posiłki i napoje.

FreshJoomlaTemplates.com
Wednesday the 24th.